„Żurnal” Karoliny Korwin Piotrowskiej – najgorszy żurnal w historii prasy
Opublikowane w kategorii: Blog dn. 15 lut 2012 r.
…a może nawet najgorsza gazeta w historii światowej prasy? Nie, nie przesadzam… wczoraj w moje ręce wpadło pismo zatytułowane „Żurnal”, którego redaktorem jest Karolina Korwin Piotrowska. W życiu nie kupiłbym tego w kiosku, ale na szczęście jest to po prostu rozdawane za darmo. Dobrze, bo nawet cena 99 groszy, jak za „Party” czy inną „Galę” to, byłoby ceną stanowczo zawyżoną.
Czterdzieści cztery strony pisma wydane w formacie, któremu najbliżej chyba do „Trybuny Ludu” na papierze, któremu też bliżej do „Trybuny Ludu” niespecjalnie zachęcają do przyjrzenia się bliżej zawartości. Jednak się przemogłem… właściwie nie wiem dlaczego. Może dlatego, że Karolina Korwin Piotrowska zapowiadała swój „Żurnal” jako pismo przełomowe, inne niż wszystkie… i jest inne. Takiego poziomu można się spodziewać po gminnej gazetce, która zamieszcza ogłoszenia o sprzedaży warchlaków i aktualnej ofercie promocji na pasztetową w miejscowym sklepiku.
Na okładce widzimy paszportowe zdjęcie smutnej dziewczyny… i poza tytułem i malutkimi cyferkami „2012” na samym dole nie ma tam nic. Nic zachęcającego do zajrzenia do środka. I choć powinienem się był poddać na tym etapie to otworzyłem… tak, tak, wiem, że nie jestem targetem modowej prasy; plotkarskiej tez nie, bo szczegóły z seksualno-medialnego życia „znanych z tego, że są znani” mnie nie interesują.

Potem przeczytałem w czymś w rodzaju manifestu na samym końcu „periodyku” (a fe, cóż za pretensjonalne określenie – tym bardziej, że to pierwszy numer i nawet nie wiadomo czy będą następne…), że „Żuranal” „niczego nie udaje i nic nie musi”. Zresztą cały ten manifest jest żywcem zarżnięty z miesięcznika „Existence” wliczając to zaznaczenie, że w nim „nie będzie też przepisów na sernik, piękne paznokcie i bezpłodność”. Interesujące, że jako jedyny w gazetce tenże manifest jest opatrzony copyrightem oraz antydatowany na 2011 rok. Interesujące, czyżby jednak był z tym jakiś problem?
No dobrze, wróćmy znów na początek „periodyku” – otwieramy i co widzimy… nic… druga strona pusta, a trzecia zapełniona wielkim stylizowanym „zerem” oraz dużo mniejszym napisem „Odrodzenie” i jeszcze mniejszą kropeczką pod napisem… przypomina to mi stary dowcip w którym w galerii stoi krytyk przed serią czterech obrazów. Na środku pierwszego dzieła widnieje właśnie mała kropka, na drugim są już dwie kropki, na trzecim – trzy, a na czwartym – cztery… krytyk z uznaniem stwierdza: „Ależ ten artysta się rozwija…”
To „zero” z trzeciej strony znów powinno mnie odstraszyć, ale ja jak ten leming… przerzucam kolejną stronę… po lewej modelka w „playboyowej” pozie… niestety, ubrana. Bo gdyby chociaż była goła, to wiedziałbym o co w tym wszystkim chodzi. Po prawej cytat z Leonarda da Vinci… dobrze chociaż, że nie z Paulo Coelhio. Znów więcej nic… na kolejnych stronach znów kilka zdjęć paszportowych smutnych dziewczyn, które w oczach mają wypisane pytanie: „co ja tutaj, na Boga, robię???”
Na dziesiątej stronie… zeskanowana strona albumu z obrazem „Dama z gronostajem”. Tylko po co zamieszczać skan takiego interesującego obrazu w gazecie wydawanej na tak marnym papierze? Okraszone to wszystko jakimś egzaltowanym opisem zbudowanym ze równoważników zdań, które liczą sobie po dwa albo trzy słowa.
Na kolejnych stronach tekst samej redaktor naczelnej, czyli Karoliny Korwin Piotrowskiej. O tym, że była w muzeum. I widziała. Dzieło. Samego. Leonarda. W Londynie. Ojej. Och!
Dobrze, że tekst krótki, szkoda, że pełen błędów językowych, nic nie wnoszących okrągłych zdań oraz błędów… przy pierwszym myślałem, ze to po prostu zwykła literówka, ale kiedy po raz ósmy zobaczyłem myślnik w środku zdania, który wyglądał jak przeniesienie części wyrazu z jednej linijki do drugiej, to już byłem pewny: Karolina Korwin Piotrowska nie umie pisać i ma poważne braki w edukacji sięgające gdzieś czwartej klasy szkoły podstawowej. Zresztą przenosić wyrazów z linijki do linijki też nie umie skoro słowo „przynajmniej” dzieli na „przyna-” i „jmniej”.

Tak, tak, wiem… ja tutaj na blogu też na pewno mam parę literówek i na pewno do czegoś się jeszcze można przyczepić… tylko, że ja jestem zwykłym gostkiem, który sobie postanowił bloga w internecie prowadzić, a nie „redaktorem naczelnym”, „poważnym dziennikarzem z ze stawką tysiąc złotych za recenzję” i „gwiazdą TVN-u”. (Tak, to „w internecie” według obowiązujących reguł powinno być pisane z użyciem wielkiej litery „I”, ale mam taką fantazję i postanowiłem zawsze pisać słowo „internet” z małej litery. To na wypadek, gdyby ktoś się w tym momencie chciał nade mną popastwić…)
Lecimy dalej: na czternastej stronie kolejny tekst… Karoliny Korwin Piotrowskiej. Zaczynam podejrzewać, ze cały „periodyk” gwiazda „Top Model” napisała sama. Zaglądam w stopkę i widzę, ze jednak nie… pod „Żurnalem” podpisało się kilkanaście osób. I żeby żadna nie odważyła się „gwieździe” telewizyjnej powiedzieć, że istnieje specjalny znak interpunkcyjny, który nazywa się „myślnik” i nie należy go zastępować „tą króciutką kreseczką”, która służy tylko do przenoszenia wyrazów?

Albo się wszyscy bali, albo… pozostańmy może przy tym, że się bali „drogiej pani z telewizji”. Tylko to jeszcze gorzej świadczy o samej Karolinie Korwin Piotrowskiej, skoro ma taką opinię, ze jej bezpośredni podwładni boją się jej zwrócić uwagę i poprawić oczywiste błędy to chyba coś jest nie tak…
Z merytorycznymi tezami recenzji jakiejś książki napisanej przez Carine Roitfeld (celebrytki przecież! a miało nie być celebrytek!) nie będę polemizował, bo książki na oczy nie widziałem. Więc głupio się wypowiadać na temat, którego się nie zna. Przewracam kartki dalej…
Co widzę? Wielka i brzydka fota stopy w brudnej baletce. Druga na zdjęciu się nie zmieściła, widać tylko kawałek skarpetki… pod zdjęciem podpisał się Attila Husejnow i adres jakiegoś blogaska na darmowej platformie… pełen profesjonalizm. Na szczęście teks już nie redaktor naczelnej tylko Ani Tomczak. Ta przynajmniej zna zasady ortografii. Swoja drogą, żeby dziennikarka żyjąca w jakiejś tam części z pisania nie nauczyła się przez kilkadziesiąt lat, jak prawidłowo stosuje się jej ulubiony zabieg stylistyczny?…
A druga sprawa: co to za moda na infantylizację osobowości – same Anie, Piotrusie, Kubusie, Zosie, Krzysie i Józie teraz. Nikt już nie nazywa się Anna, Piotr, Jakub… jakieś powszechne zdziecinnienie. Niby poważni, wydawało by się, że dorośli, ludzie, a podpisują się jak licealiści. Nie… nawet nie jak licealiści, bo w liceum panuje najczęściej już moda na bycie dorosłym, a do dorosłego człowieka nie mówi się przecież „Krzysiu…”

Na następnych stronach też zdjęcia. Jedno, co mogę o nich powiedzieć to to, że fatalnie skadrowane. Niby można byłoby powiedzieć, że artystyczne, ale odnoszę wrażenie, że gdyby dać przeciętnej gimnazjalistce aparat cyfrowy za trzysta złotych i wysłać na zajęcia baletowe do powiatowego domu kultury w Łomży to byłyby lepsze efekty. Szczególnie podobał mi się podpis pod jednym z nich: „O 18 jesteśmy już wolni i możemy iść się bawić, na piwo czy cokolwiek. Nawet nie wiesz, jakie to ważne…” No, myślę, że nie ma nic ważniejszego, niż pójście na piwo o osiemnastej.
Kolejne strony: kilkuzdaniowy wywiad z aktorką Joanną Kulig. Pod tekstem podpisała się niejaka Katarzyna Grzymała, ale mam pewność, że tekst był pisany przez redaktor naczelną „Żurnalu” …skąd? Znów nieszczęsny myślnik… Joanna Kulig „specjalnie dla nas odpowiedziała na kilka pytań” Po czym pytania nie ma żadnego – jest tylko zabawa w „dokończ zdanie”.
Dalej w „periodyku” sześć stron zdjęć z Rooney Mara; aktorką, która gra Lisbeth Salander w filmie „Dziewczyna z tatuażem”. Tym razem zdjęcia na naprawdę dobrym poziomie technicznym i z pewną nutką artystyczną. Jest nadzieja, ze coś z tego może będzie…
…ale nadzieja umiera na kolejnych ośmiu stronach. Zdjęcia są tam fatalne! FA-TAL-NE! Większość z nich jest też przechylona w prawo o jakieś dziesięć procent. Może uwierzyłbym, że to jakiś zabieg stylistyczno-artystyczny, ale w przypadku jednego zdjęcia. W przypadku pięciu czy sześciu podejrzewam raczej jakiś problem ze wzrokiem… a problem ze wzrokiem u zawodowego fotofrafa… eee, nie zawodowego… zawodowi fotograficy nie podpisują się adresem blogaska na darmowej platformie, nawet jeśli jest zagraniczna.
Potem jest tekst o krześle… tak o krześle. Takim plastikowym, jakie stoją w barach na dworcu w każdym polskim mieście. Podobno krzesło jest „kultowe”, ale to chyba nie moja religia. Ja tam się do mebli nie modlę. Ale oczywiście jako człowiek tolerancyjny i nowoczesny oczywiście szanuję każde wyznanie i każdą religię. Nie będę znów podejrzewał, że to tekst pisany przez Karolinę Korwin Piotrowską, ale kolejne „problemy interpunkcyjne” wskazują, że redaktor naczelna przynajmniej go redagowała. Bo dwie autorki z takimi samymi problemami szkolnymi w jednej gazecie to już jest „teoria spiskowa”.
Przewracamy karteczkę… Ostatni (na szczęście już) tekst. Podpisany przez „Thuc Linh Nguyen Vu”. Tutaj problemów z interpunkcją jakby jeszcze więcej. I już nie tylko ten nieszczęsny myślnik, ale również cała menażeria wielokropków: jednokropki w wersji „spacja przed-spacja po”, jednokropki w wersji „brak spacji przed-brak spacji po”, dwukropki (sami zgadnijcie jak wygląda ta żurnalowa wersja dwukropka…), trzykropki (i nie jest to wielokropek, bo wielokropek, o którym ja uczyłem się w szkole nie miał spacji pomiędzy kolejnymi kropkami a na klawiaturze to osobny znak, czterokropki… jest nawet jeden sześciokropek. A tak nawiasem mówiąc: co to jest ten tytułowy „cyckling” (powtórzone dwa razy, więc nie literówka, ale niewiedza), bo jakoś wprawdzie nigdy angielskiego się nie uczyłem, ale nawet mój słownik takiego wyrazu nie przewiduje. Rower ilustrując tekst wskazywałby, że chodzi coś o związanego z „cyclingiem”, ale pewności nie mam. Najwyraźniej autorka o wietnamskobrzmiącym imieniu i nazwisku również angielskiego w szkole się nie uczyła. Tylko czemu uparła się na angielskojęzyczny tytuł artykułu? To już może trzeba było przy wietnamskim zostać. Bardziej zrozumiale by nie było, a przynajmniej egzotycznie.
Ten jeden angielskojęzyczny tytuł jest zresztą niejedyny w „periodyku”. A podobno obowiązuje jakaś ustawa o ochronie języka polskiego… ustawa głupia, ale dura lex sed lex.
A na zakończenie – Pani Karolino (przepraszam, że tak po imieniu, ale to z sympatii…), ja wiem, że „custom publishing” to jakby niższa forma dziennikarstwa, ale wypadałoby po pierwsze zatrudnić w piśmie korektorkę oraz redaktorkę i to nie tylko takie, które mjłą ładne CV, ale również takie, które nie będą się bały poprawiać nie tylko błędy interpunkcyjne Pani oraz Pani podwładnych, ale również błędy składniowe i stylistyczne oraz zadbają o „bękarty” i „sieroty” w „Żurnalu”. Bo jak widzę coś takiego, to od razu stają mi przed oczami siepiące się brzegi, odpadające guziki i materiał rozpadający się przy pierwszym praniu ubrań ze sklepów sygnowanych logo „H&M”.

Może naprawdę nie jestem adresatem tego pisma, bo w końcu żurnale, jak świat światem, wydawano dla kobiet, ale po przejrzeniu pierwszego numeru jestem skonsternowany i nie mogę patrzeć inaczej na ten „periodyk” jak przez pryzmat tego nieszczęsnego „zera” na trzeciej stronie. Zresztą pisanie o tym, ze redaktor naczelna była na wystawie w Londynie, choćby nie wiem jak zajefajnej, oraz, że przeczytała jakąś niszową książkę po angielsku… to trochę prowincjonalne. Nie wiem jak docelowa grupa czytelniczek, ale ja do Londynu na tę jedną wystawę się nie wybiorę, może do Poznania, albo do Łodzi… ale za kanał to jednak troszeczkę za daleko. Być może jestem nienowoczesny… trudno się mówi. Jak mam coś czytać o podróżach, to już wolę Wojciecha Cejrowskiego. Amazońskie klimaty mają to do siebie, że mam niemal stuprocentową pewność, że nigdy po tamtejszej dżungli szwendał się z miejscowymi Indianami nie będę. A Londyn… do Londynu mogę pojechać. Książka… też mogę kupić… Amazon dostarczy pod próg na drugi dzień. Tylko czy o to chodzi, żeby się podniecać jak nastolatka, ze się pojechało do Wielkiej Brytanii? Miliony Polaków już tam było… kraj jak wiele innych.

Dobra… kończę już. Bo zaraz mój wpis o „Żurnalu” będzie dłuższy niż objętość tej gazety.
Masz rację. Też widziałam tę gazetę. To jest straszna szmata. Niestety Korwin-Piotrowska nie nadaje sie do dziennikarstwa. Jest okropna i bardzo pretensjonalna i w dodatku nie ma jakichkolwiek kompetencji i kwalifikacji.