Kto wiedział, że Prezydent w Smoleńsku nie wyląduje?
Opublikowane w kategorii: Blog dn. 14 lut 2012 r.
Normalnie sytuacja wygląda tak: samolot ląduje na lotnisku; wysiada z niego prezydent, premier albo jakiś marszałek; na lotnisku wita go inny prezydent, premier albo na przykład ambasador lub choćby burmistrz danej miejscowości; jakieś dzieci wręczają wiązankę kwiatków; fotoreporterzy robią zdjęcia; goście i gospodarze machają do dziennikarzy; wszyscy pakują się do opancerzonych limuzyn, ochroniarze wskakują szybko do następnych i wszyscy jadą dalej na oficjalne rozmowy, obiady i konferencje prasowe.
Ale w tym przypadku tak nie było… na Prezydenta Rzeczpospolitej na smoleńskim lotnisku nie czekał nikt; nie było oficjalnej delegacji witającej głowę państwa, nie było dzieci z kwiatkami, nie było opancerzonych limuzyn, które miały zawieźć członków delegacji na dalszą część wizyty. Po prostu ktoś wiedział, że nie będą potrzebne żadne samochody, więc po co zawracać sobie tym głowę skoro nie będzie kogo wieźć do katyńskiego lasu…
Nie było też żadnej ochrony dla Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, byłego Prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego, generałów, marszałków, posłów, senatorów… było tylko dwóch smutnych BOR-owików, którzy nie mieli nawet pistoletu, bo Rosjanie „nie pozwolili” oraz konsul, co do którego wszelkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że jest rosyjskim agentem.
W samolocie z polską delegacją leciało prawie sto osób. Żeby ich wszystkich przewieźć do smoleńskiego lasu, gdzie zaplanowana były dalsza część oficjalnej wizyty Prezydenta potrzeba kilku albo nawet kilkunastu samochodów oraz dwóch dużych albo nawet trzech średnich autobusów oraz kilku mikrobusów dla mniej ważnych członków delegacji, dziennikarzy, fotoreporterów…

Kolumna samochodów na lotnisku powinna czekać na przylot Prezydenta Lecha Kaczyńskiego co najmniej od godziny, a zważywszy na to, ze samolot nieco się spóźnił zapewne od dwóch. Zresztą tuż przed przylotem tak ważnej osoby, jaką jest Prezydent, wszystkie pojazdy powinny być obejrzane i sprawdzone przez saperów czy przypadkiem jakiś talib czy inny terrorysta nie przykleił do podwozia małej bombki. Potem trzeba tych samochodów pilnować, żeby w nikt niepowołany się przy nich nie szwendał… tymczasem żadnych pojazdów na lotnisku nie było, nie było też BOR-owików, którzy mieliby pilnować Prezydenta i osób z nim podróżujących… w końcu nie jechał sam tylko w towarzystwie wszystkich (!) najwyższych rangą dowódców wojskowych w Polsce…
saperów zresztą też nie było, bo skoro nie było czego sprawdzać.

Nawet nikt nie pomyślał, żeby wezwać Lechowi Kaczyńskiemu taksówkę z miasta, żeby nie musiał drałować na piechotę przez pola i łąki kilkudziesięciu kilometrów. Czyżby naprawdę ktoś wiedział, że nie będzie potrzeby zawiezienia polskiej delegacji gdziekolwiek limuzynami i autobusami i bardziej potrzebne będą ciężarówki do transportu zwłok?
W jutrzejszym wydaniu „Gazety Polskiej” ma ukazać się duży tekst na ten temat. Cóż… pytań w tej sprawie jest coraz więcej. Wątpliwości jest coraz więcej.
Jak powinna wyglądać podróż prezydenta mogliśmy obserwować podczas oficjalnej wizyty w naszym kraju Baracka Obamy… mnóstwo ochroniarzy, mnóstwo agentów sprawdzających wszystko już na kilka dni wcześniej, kolumna kilkudziesięciu opancerzonych jak czołgi samochodów,, która przemieszczała się po Warszawie… może Polska to nie USA, ale czy polski Prezydent jest gorszy od amerykańskiego? Może nie trzeba za każdym razem kilkudziesięciu samochodów i kilkuset ochroniarzy, może wystarczy kilkanaście aut i kilkudziesięciu agentów BOR-u? W końcu polscy agenci i żołnierze zawsze uchodzili za jednych z najlepszych i najsprawniejszych na świecie więc może świetnie sobie poradzą w mniejszym gronie i zapewnią właściwą ochronę głowie polskiego państwa?

Tylko jak wytłumaczyć, że na urzędującego Prezydenta, byłego Prezydenta i pozostałą niemal setkę delegatów w Smoleńsku nie czekał nikt? Ja nie potrafię tego wyjaśnić inaczej niż w ten sposób, że osoby, które przygotowywały całą wizytę wiedziały, że nie będzie kogo wieźć dalej. I po prostu nie chciało im się zawracać głowy jakimiś limuzynami… przecież w ogólnym zamieszaniu i tak nikt nie będzie o to pytał. I rzeczywiście: nikt nie pytał przez prawie dwa lata jakie upłynęły od 10 kwietnia 2010 roku.