blogPosts RSS Comments RSS

Oriana FallaciZnów mi wyszedł trochę przewrotny tytuł wpisu… ale rzeczywiście większość dzisiejszego dnia spędziłem nad zbiorem wywiadów przeprowadzonych niemal pół wieku temu przez włoską dziennikarkę Orianę Fallaci, a wydaną właśnie w opasłym tomiszczu w absurdalnej cenie niemal sześćdziesięciu złotych. Rządząca ekipa chyba naprawdę chce doprowadzić do tego, że Polacy staną się niepiśmiennym narodem, który kontakt z książką ma tylko w formie szkolnego podręcznika, a potem już całkowicie zarzuca ten sposób obcowania z kulturą i wiedzą.

Wywiad z historią - Oriana FallaciNie będę streszczał zawartości książki. Za duży materiał, za dużo wątków… socjalizująca feministka, jaką była Oriana Fallaci, która tuż przed śmiercią w 2006 roku na powrót stała się nieco bardziej rozpoznawalna za sprawą radykalnej krytyki islamu po atakach terrorystycznych, w latach siedemdziesiątych rozmawiała z wieloma ludźmi będącymi wówczas u szczytu władzy. Niektóre z tych nazwisk nadal są powszechne znane, większość będzie kojarzyła się tylko politologom albo historykom. Bo kto wie dzisiaj, kim był generał Giap?

Ale zacznę od zacytowania fragmentu wywiadu z Henrym Kissingerem. Oriana Fallaci zapytała go: „Doktorze Kissinger, w jakim stopniu władza pana fascynuje?” na co późniejszy laureat pokojowej nagrody Nobla odpowiedział:

Henry Kissinger

Henry Kissinger

Widzi pani, kiedy ma się w ręku władzę, i kiedy ma się ją w ręku przez długi czas, w końcu uznaje się ją za coś, co się nam należy. Jestem pewien, że kiedy opuszczę to stanowisko, odczuję brak władzy. Jednak władza jako narzędzie samo w sobie nie ma dla mnie żadnego uroku. Nie budzę się każdego ranka, mówiąc, do licha, czy to nie nadzwyczajne, że mogę mieć do własnej dyspozycji samolot, że auto z szoferem czeka na mnie przed domem? Kto by kiedyś powiedział, że stanie się to możliwe? Nie, takie gadanie mnie nie interesuje. A jeśli coś takiego mi się zdarzy, nie stanie się na pewno elementem decydującym. Mnie interesuje to, co można zrobić, mając władzę. Można zrobić wspaniałe rzeczy, niech mi pani wierzy… W każdym razie to nie poszukiwanie władzy popchnęło mnie w stronę tego zajęcia. Jeśli prześledzi pani moją przeszłość polityczną, odkryje pani, że prezydent Nixon nie mógł być częścią moich planów. Trzy razy byłem przeciwko niemu podczas wyborów.
 

Ta wypowiedź Henry’ego Kissingera skojarzyła mi się z Donaldem Tuskiem i zastanawiam się czy aby na pewno nasz premier nie znalazł się u władzy właśnie dlatego, żeby korzystać z przywileju latania rządowym samolotem do domu w Trójmieście w każdy weekend albo przyjemności przemieszczania się limuzyną z szoferem po Warszawie. Donald Tusk (limuzyna)Bo przecież codziennie podróżuje nią po mieście – w dodatku jadąc z włączonym kogutem i w policyjnej obstawie… Kto mieszka w stalicy ten wie, że karawany rządowych limuzyn rozpędzających kierowców stających w korkach to codzienność. Jak w Moskwie.

Prezydent Finlandii Sauli NiinistöTymczasem co zrobił premier Finlandii dzień po wybraniu go na to stanowisko? Upił się fińską wódką? Poszedł na polowanie na renifery? Otóż nie, poszedł odśnieżać podjazd przed swoim domem. No, dobrze… nie będę się dziś, przy niedzieli, pastwił nad polskim premierem.

A wracając do wspomnianego „generała Giapa< ”, który właściwie nazywał się <>Võ Nguyên Giáp i był w latach siedemdziesiątych dowódcą armii północnowietnamskiej. Oriana Fallaci zadała mu m.in. takie oto pytanie: „Generale Giap, w wielu pańskich pismach zadaje pan sobie następujące pytanie: Kto ostatecznie wygra wojnę w Wietnamie? Pytam pana zatem: Czy dzisiaj to znaczy w pierwszych miesiącach 1969 roku, uważa pan, że może powiedzieć, iż Amerykanie przegrali wojnę w Wietnamie, zostali militarnie pokonani?

Generał Võ Nguyên Giáp

Generał Võ Nguyên Giáp

Oni sami to przyznają. Ale teraz dowiodę pani, dlaczego Amerykanie są już pokonani, militarnie i politycznie. A żeby udowodnić ich klęskę militarną, odwołam się do ich klęski politycznej, która leży u podstaw wszystkiego. Amerykanie popełnili bardzo poważny błąd, wybierając jako pole walki Wietnam Południowy. Reakcjoniści z Sajgonu są zbyt słabi, wiedzieli o tym również Taylor, McNamara, Westmoreland. Nie wiedzieli jednak, że przy takiej słabości nie będą potrafili skorzystać z amerykańskiej pomocy. Jaki bowiem był cel agresji amerykańskiej w Wietnamie? To jasne, nieokolonia oparta na marionetkowym rządzie. Ale by stworzyć neokolonię, potrzebny jest stabilny rząd, a rząd w Sajgonie jest skrajnie niestabilny. Nie ma żadnego wpływu na ludzi, nie wierzą mu. W jakiej więc paradoksalnej sytuacji znajdują się Amerykanie? Paradoks polega na tym, że nie mogą się wycofać z Wietnamu Południowego, nawet jeśli tego chcą, ponieważ żeby się wycofać, muszą zostawić stabilną sytuację polityczną. To znaczy kilku sługusów, którzy by ich dobrze zastąpili. Sługusów, tak, ale silnych. Sługusów, tak, ale poważnych. Marionetkowy rząd w Sajgonie nie jest silny i nie jest poważny, nie nadaje się też na sługusa, nie trzyma się na nogach, nawet jeśli podeprzeć go czołgami. Jak więc Amerykanie mają sobie pójść? A jednak muszą odejść, nie mogą przecież trzymać sześciuset tysięcy ludzi w Wietnamie przez kolejnych dziesięć, piętnaście lat! Oto zatem ich klęska polityczna: z politycznego punktu widzenia nie zyskali nic mimo ogromnego aparatu militarnego, jakim dysponują.
 

Nie będę się tutaj rozwodził nad historycznymi kwestami. Niewątpliwie amerykanie, wbrew powszechnej opinii, wietnamską wojnę militarnie wygrali natomiast przegrali tą wojnę propagandowo. Komunistom udał się doprowadzić do sytuacji w której rzeczywiście okazało się, że Amerykanie stwierdzili, że nie ma sensu prowadzić tej wojny dalej.

Głównym przegranym jest natomiast wietnamski naród, który nadal jest biedny. Może dzisiejszy Wietnam to nie jest Korea Północna ale też nie jest to Korea Południowa. Cóż… jakoś tak jest, ze państwa, które z USA przegrywają staja się bogate (Niemcy, Japonia…); natomiast te, które wygrywają – stają się biedne (Korea Północna, Wietnam, Kuba…).

Teraz znów Amerykanie mają ten sam problem, co przed laty w Wietnamie. Wpakowali się w wojnę w Iraku i Afganistanie, którą militarnie zdecydowanie wygrali. Natomiast nie za bardzo z różnych powodów wiedzą co dalej, bo opinia publiczna zarówno w samych Stanach Zjednoczonych jak i w Europie Zachodniej, nie pozwoli im ze względu na „polityczna poprawność” zaprowadzić tam porządku… muszą się liczyć z lokalną tradycją, kulturą i obyczajami, a właśnie ta lokalna tradycja, kultura i obyczaje są głównym powodem dla którego rejony te są tak bardzo niestabilne politycznie, panuje tam bezprawie, jedna dyktatura zastępuje inną dyktaturę, a społeczeństwo jest biedne, zdesperowane i szuka rozwiązania swoich problemów w sposób, który wpędza je w jeszcze większą nędzę ekonomiczną i intelektualną.

Wojna w Afganistanie

© 2012 by Ireneusz Wierzejski

Rzeczywiście, Amerykaniez politycznego punktu widzenia nie zyskali nic mimo ogromnego aparatu militarnego, jakim dysponują” wbrew temu, co zarzucali im kiedyś i dziś różni lewicowo skrzywieni publicyści. A jeszcze więcej straciły na tym kraje takie jak Korea Północna, Wietnam, Kuba, Irak czy Afganistan… a wkrótce straci na tym Iran, bo wojna w tym kraju wisi na włosku. I wojnę tę Amerykanie militarnie wygrają w kilka tygodni, natomiast znów nie będą mieli możliwości zaprowadzenia tam porządku.

A na koniec jeszcze jedna osoba, z którą Oriana Fallaci wówczas rozmawiało i której nazwisko wówczas było równie rozpoznawalne, co dziś niewiele komukolwiek mówi – Norodom Sihanouk, który powiedział m.in.:

Norodom Sihanouk

Norodom Sihanouk

Nie jestem komunistą. Ale nie jestem tez antykomunistą i nie boję się komunistów, twierdzę, że jeśli jakiś naród chce być komunistyczny, ma do tego prawo. A ma do tego podwójne prawo, jeśli służy to zachowaniu niepodległości kraju. Wiem, ze Czechosłowacja nie jest niepodległa, ani Polska, ani Węgry, ani wschodnie Niemcy i tak dalej. Ale Rumunia jest, Jugosławia jest. Dlaczego Kambodża nie ma być jak Jugosławia, jak Rumunia? Kiedyś sądziłem, ze komuniści kambodżańscy są giermkami Vietcongu, północnych Wietnamczyków, Chińczyków. Nawet Rosjan. Potem zorientowałem się, że nie są niczyimi giermkami i że Rosjanie nie nawiedzą ich przynajmniej tak samo, jak ja nienawidzę Rosjan. Zorientowałem się, że nie są tez maoistami i że zrobili wiele dobrego. Czego jeszcze potrzebuję, żeby stanąć po ich stronie? Madmoiselle nie przeprowadziłem autokrytyki w stylu komunistycznym: „Mea culpa, mea culpa, byłem zły proszę o przebaczenie”. Przyznaję po prostu, ze byłem w błędzie.
 

Jak bardzo król Kambodży się wówczas „był w błędzie” możemy to stwierdzić dziś. Czerwoni Khmerowie wymordowali w bestialski sposób czwartą część kambodżańskiego społeczeństwa i doprowadzili kraj do kompletnej ruiny. Najprawdopodobniej żadna armia najeźdźcza nie zrobiła z okupowanym krajem tak strasznych rzeczy, jaką kambodżańscy komuniści zrobili własnym rodakom. Wówczas nawet wietnamscy komuniści, którzy wydawali wyroki śmierci dla tysięcy ludzi, byli przerażeni tym, co Czerwoni Khmerowie wyprawiają w swoim kraju i sami rozprawili się z reżimem Pol Pota. Nawisem mówiąc w obaleniu Pol Pota spore zasługi miał właśnie generał Võ Nguyên Giáp.

Ofiary Czerwonych Khmerów

© 2012 by Ireneusz Wierzejski

I jeszcze jedna uwaga na zakończenie: król Norodom Sihanouk powiedział, że ówczesna Jugosławia i Rumunia była, w przeciwieństwie do Polski czy Czechosłowacji, niepodległa. Cóż, ile tej niepodległości mieli Rumuni czy Jugosłowianie to akurat wiadomo zważywszy na to, co działo się nieco później. Poszczególnie komuniści mogli się wzajemnie nienawidzić, ale nie przeszkadzało im to we wspólnym zniewalaniu i mordowaniu.

Leave a Reply